![]() |
[źródło] |
Przyszedł
czas mojej spowiedzi. To właśnie moment, w którym dzielę się z wami moją
obsesją, która trwa już pół roku i nie zapowiada się, żeby szybko miała mnie
opuścić. To coś, co w najlepszy możliwy sposób łączy wszystko, co w ostatnim czasie najbardziej mnie interesuje i sprawia najwięcej radości. To muzyka, bez
której nie wyobrażam sobie życia, historia, którą odkrywam z dnia na dzień
i w której zakochuję się coraz bardziej
i literatura, bo gdyby nie ona, nic z tego by nie powstało. Hamilton, bo właśnie o nim mowa, jest
amerykańskim musicalem, który od ponad dwóch lat jest najgorętszym tytułem na
Broadwayu.
Wydaje
mi się jednak, że w Polsce niewielu jest fanów tego spektaklu, dlatego dla
wszystkich zainteresowanych krótko o tym, o czym opowiada Hamilton. To historia życia Alexandra Hamiltona, pierwszego
sekretarza skarbu i jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Musical
prowadzi nas przez większość życia głównego bohatera, od roku 1776, kiedy to
Hamilton poznał Aarona Burra po przeniesieniu się do Nowego Jorku, aż do roku
1801, w którym zmarł. To historia o gonieniu za marzeniami, o zgubnej często
ambicji, sile miłości i kruchości przyjaźni. Jednocześnie to portret walki o
wolność amerykanów, którzy za wszelką cenę próbowali wyrwać się spod rządów
angielskiego króla Jerzego III. Wydaje się nudne? Do niedawna też tak myślałam.
Zwłaszcza, że jedna z moich ulubionych piosenek z musicalu opowiada o tworzeniu
finansowego planu dla państwa i negocjowaniu położenia stolicy... Ale zacznijmy
od początku.